Przejdź do głównej zawartości

Wyjazd był nieunikniony

Wyjazd był nieunikniony. Ciężka droga i myśli, których nie moż­na prześcignąć czynami. Wszystko to czas, a tego coraz mniej. Kacz­koduk mógł realnie wygrać wybory. Pułkownik przewidywał, że sta­nie się tak niebawem. Odebrałby wtedy interesariuszom miliardy do­larów przychodów. To byłoby niewybaczalne, wręcz niefortunne i iro­niczne (niespełnione, jakby sen był jawą, a jawa koszmarem).  
Całość powodzenia tych spraw, zależała poniekąd od zdolności ludzi, którzy mieli w Kurtowie, przy okrąglejszym nieco stole, ponow­nie dokonać podziału wpływów. Czasy nadchodziły niepewne, robiło się ciasno i głucho. Tylko cisza przeszkadzała myślom, a koła samo­chodów pohukiwały, niosąc kolumnę w dal, gnając przed siebie. Puł­kownik zatapiał się we wspomnieniach, rozpamiętując rozmowy z Lol­kiem Wartęsą. Zanim doszło do spotkania u Magdalenki, która była do­skonałą organizatorką towarzyską, spotykali się kilkukrotnie, roz­pra­wiając o przyszłości. Wartęsa otrzymywał szerokie apanaże, całko­wite wsparcie, a na końcu upragnioną prezydenturę. Pułkownik zad­bał o każdy szczegół, aby jego człowiek uchodził za właściwego, wobec ca­łego zrywu, następcę idei wolnościowych. Po pierwszych strajkach i spotkaniach komitetów zakładowych, znacząco zablokowano dostawy pro­duktów żywnościowych, a te dostępne na sklepowych półkach za­wyżono. Prowokując ludzi, zapewniono Lolkowi prestiż i poważanie, któ­rego obawiała się brać na swe barki, warstwa tchórzliwych inte­li­gentów. Gardzili tym człowiekiem, kręcili się wokół niego i starali do­radzać, ale byli nieskuteczni w tym, gdyż strach paraliżował im ruchy. Myśleli, że jak Lolek wygra, to oni będą zarządzać. Nie wiedzieli (wszak skąd), że ta partyjka została rozegrana. Wielu z nich weszło w układ, pozostali usiłowali grać na własną rękę. Pułkownik oferował im ob­sługę funduszu zadłużenia zagranicznego, na co otrzymali „zielone świa­tło”. Porozumienie zawarte centralnie, funkcjonowało przez jakiś czas (nawet całkiem nieźle). Dopiero, gdy zaczęli robić „lewizny” z za­kła­danymi spółkami, otrzymali bilet w jedną stronę i poszli w od­stawkę (ukręcili sporo milionów, ale nikt im w tym nie zaszkodził, okazując działanie dobrej praktyki łagodnego dogadywania się). Wów­czas Wartęsa został wybrany prezydentem, a te kanalie, w odwecie roz­poczęły falę systemowych protestów. Zabolało ich to, że Dubie­niecki raptownie oderwał ich od koryta (brak dopływu stałej gotówki). Nie potrafili się dzielić, dlatego nie mogli w tym uczestniczyć (nie za­mknięto im drzwi przed nowymi możliwościami, ale kazano wybiór­czo zreflektować się, stwarzając przyszłościową perspektywę). Raz roz­pasanej świni, nie można powstrzymać przed falą obżarstwa (jak do­sadnie przesadzi, idzie pod nóż – humanitarne rozwiązanie, które chro­ni właściciela przed pożarciem).


Wyjazd był nieunikniony


Sposób sprawowania polityki, polegający na garnięciu „do sie­bie”, niepokoił Pułkownika. Liczył się z tym, że obsadzą całość swoimi, elimi­nując siatkę jego współpracowników, uniemożliwiając realizację do­tychczas sprawdzonych operacji. Zdawał sobie sprawę, że część spraw ujawnią, aby przypodobać się opinii publicznej. Dobrze zorga­nizowany teatr niekompetencji, wprowadzał lęk do życia Dubieniec­kiego, który nie chciał interwencji zbyt wielu państw, w sprawy kraju.
Uważał, że za dużo interesów na raz, będzie chciało załatwić nazbyt wielu, a tego dobrze uposażona i dojna (póki co) krowa nie wy­trzyma. Znacznym obciążeniem byłoby pompowanie wewnętrzne, przez nienasyconych i spragnionych gotówki bezmózgich troglodytów. Puł­kownik nie potępiał ich za to (drażnił go styl), bo sam był bizne­smanem, ale każda sympatia czy antypatia, ma wyraźne granice. Przed­wczesne zarżnięcie „dojnej krowy”, masa zależnych ludzi bez pracy – taka wizja oznaczała wytężoną pracę. Nie myślał, że nie po­doła, ale w jego wieku, tego rodzaju zabawa nie miała sensu.
Kurtowo – miasto jak każde inne – takie, których wiele wśród roz­licznych zadupi[1], rozlokowanych po mapie. Tacy sami ludzie i takie same, typowe zachowania, co i wszędzie. Nic szczególnego, per­spektywa podobna, od Londynu po Brześć i od Krasnegostawu po Wi­tebsk. Taka sama liczba zakonspirowanych agentów, układni sędzio­wie, posłuszni najemnicy z prokuratury, skundlony wymiar sprawie­dliwości, no i marni ludzie, kroczący z dnia na dzień w bezsensie. Wszę­dzie, w identyczny prawie sposób przytłaczają się spojrzeniami, wyrażającymi zazdrość i pogardę. Słowem „sami swoi”, zabezpieczają­cym trwałość systemu, kierowali się, do porzygu lojalni, niebieskoocy maruderzy.
Na tym fundamencie, marksiści chcieli budować ład społeczny, a komuniści socjalizm. Z założenia niepowodzenie jest wpisane w cząst­kowe działania. System potrzebuje wojen, aby dokonać restartu i wdrożyć kolejny etap programu. Póki co, obecna demokracja i świa­towy układ zadowalały decydentów, dlatego nie będzie wojen. Niewol­nictwo, to jedyne, co przyjmują „skarłowaciałe masy”.
Nie potrafią rozkoszować się wolnością i decydować – myślał Dubieniecki. – Tu zaistniała alternatywa, powołująca moich przodków – rozważał sam ze sobą.
Przyglądał się przez szybę, mijanym kolejno pipidówkom, za­ta­piając się w myślach.



[1] Zadupie – mała miejscowość, oddalona od dużych ośrodków kulturalnych i przemysłowych, ze słabo rozwiniętą komunikacją, handlem, przemysłem i kulturą. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Filozofia Dubienieckiego zakładała, że społeczeństwo uwierzy we wszystko

Filozofia Dubienieckiego zakładała, że społeczeństwo uwierzy we wszystko, żywiąc się przyszłą nadzieją na to, że kiedyś będzie le­piej. Wiara w zmartwychwstanie, udręczonego i biednego człowieka na Ziemi, zakwaszona mitycznym wyobrażeniem o poprawie losu po śmier­ci, stanowiąca nagrodę za pobożne życie. Nikt nie zadał sobie py­tania: dlaczego głoszący te tezy, nie dążą do ubóstwa w realnym świe­cie? Czyżby nie obawiali się Boga? Może weszli w rodzaj nieznanego nam układu? A może, po prostu wiedzą, o głoszonych przez siebie baj­kach i kłamstwach bez pokrycia? Skoro tak, to zapewne postanowili nie­gdyś pożyć, kosztem bezmózgiej i bezrefleksyjnej masy, którą zmu­szają do biedy, poniżenia i zgody na wyroki wydawane przez system. Ze­ro aborcji, in vitro, prezerwatyw. Kobieta staje się „workiem ciążo­wym”, a mężczyźnie, zgodnie z zasadami, przyznano prawo używania agresji (najlepiej bez zawahania i prosto w twarz). Żaden „pedał” nie może chodzić po ulicach, a wśród księży występują całe mas…

Jarosław Kaczkoduk – obraz niechybny

Zwróćcie uwagę na tytuł. Mówi wiele, gdy chcemy uchwycić wyraz niechybny, odnoszący się do człowieka, który wkrótce nastąpi. Jarosław Kaczkoduk, o pseudonimie szkolnym „Kaczykuper”, a imieniu agenturalnym „Karzeł”, a przez złośliwych prześmiewców zwany „Karakanem”, nastąpił, czym wywołał ogromne spustoszenie, głównie wśród elit rządzących Polgarem. Rozpoczyna się trwająca kilka miesięcy batalia o zwycięstwo w wyborach. Kaczkoduk to postać z książki satyrycznej „Kaczkoduk przejmuje ster!”. 



Ptaszki już z dawna ćwierkały o kaczorku, który usiłował zwojować w przyrodzie więcej, niż to, nad co mógł wyzdrygać się zwykły nielot. Fragment ten oddaje pewną przypadłość naszego zacnego bohatera. 
Nieoczekiwanym problemem stał się Jarosław, również Kaczkoduk. Przeciwnikiem był słabym, bo wystarczyło mu dać pole do manewru, aby sam sobie kłody podłożył i zniechęcił do czynów tych, którzy dotąd stawali za nim murem.
Pułkownik Dubieniecki, as wywiadu i niekwestionowany cichy przywódca, z zamiłowani…

Wkrótce premiera satyry „Kaczkoduk przejmuje ster!”

Kaczkoduk przejmuje ster! to satyra, z rodzaju dzieł o zabarwieniu politycznym, obyczajowym, społecznym, no i przede wszystkim lekko erotycznym. Nie zbraknie w niej zwrotów używanych w życiu codziennym – gdyż nie mówimy ładnie i zgrabnie, ale często gdybyśmy się posłuchali, okazuje się, że niejeden cham z nas wychodzi (zionie od nas dwulicowością). Treść zawiera również odniesienia do systemu, co stanowi o uniwersalizmie pozycji, która nie zamyka się na konkretne zjawisko, ale w czasach „cywilizacyjnego i globalnego przyśpieszenia” opowiada o zaobserwowanych zjawiskach, przedstawiając je ogólnie w świecie. W książce użyto 130 303 wyrazów, zapisanych za pomocą 808 640 znaków. Czytelnik zmierzy się z 4765 akapitami, tworzących łącznie 16 941 wierszy. W celu wyjaśnienia trudnych wyrazów i zwrotów użytych w tekście wykonano 485 przypisów. Wewnątrz znalazły się również ilustracje, nawiązujące do treści książki. Nie jest ich dużo, ale uatrakcyjniają odbiór. Oznacza to, że nie jest to książk…