Przejdź do głównej zawartości

Filozofia Dubienieckiego zakładała, że społeczeństwo uwierzy we wszystko

Filozofia Dubienieckiego zakładała, że społeczeństwo uwierzy we wszystko, żywiąc się przyszłą nadzieją na to, że kiedyś będzie le­piej. Wiara w zmartwychwstanie, udręczonego i biednego człowieka na Ziemi, zakwaszona mitycznym wyobrażeniem o poprawie losu po śmier­ci, stanowiąca nagrodę za pobożne życie. Nikt nie zadał sobie py­tania: dlaczego głoszący te tezy, nie dążą do ubóstwa w realnym świe­cie? Czyżby nie obawiali się Boga? Może weszli w rodzaj nieznanego nam układu? A może, po prostu wiedzą, o głoszonych przez siebie baj­kach i kłamstwach bez pokrycia? Skoro tak, to zapewne postanowili nie­gdyś pożyć, kosztem bezmózgiej i bezrefleksyjnej masy, którą zmu­szają do biedy, poniżenia i zgody na wyroki wydawane przez system. Ze­ro aborcji, in vitro, prezerwatyw. Kobieta staje się „workiem ciążo­wym”, a mężczyźnie, zgodnie z zasadami, przyznano prawo używania agresji (najlepiej bez zawahania i prosto w twarz). Żaden „pedał” nie może chodzić po ulicach, a wśród księży występują całe masy homo­seksualistów i dewiantów. Gdyby rozumieli, że już dawno zabito ich bo­gów i teraz pozostał im tylko system, to dopiero porobiłoby się (klap­ki na oczach pozwalają koniowi iść bezpiecznie do przodu). W tym systemie, człowiek ogłosił się bogiem, arcykapłanem i najwyż­szym katem, dążącym do bezobjawowej destrukcji samego siebie oraz świa­ta.   
Oporne masy, częstowano rozkoszą (aplikowaną w formie pro­stytucji, samouwielbienia, łechtania próżności i promocji zakazów, po­tęgujących ilość zboczeń). Najlepszym towarem, alkoholem, dob­rami i najbardziej wyuzdanym na świecie seksem, przymuszono do zo­hy­dzenia drugim człowiekiem, pozbawiając wartości, odbierając zdol­ność do samooceny. Każdy definiuje potrzeby i wartości – uważał Puł­kownik. On był od tego, aby spełniać te, o których człowiek, sam jeszcze nie wie, że je ma. – Wszyscy żyją w grzechu – żartował nieraz – ale nie każdy sobie zdaje sprawę – powtarzał, będąc w światowym to­warzystwie. Tym zyskiwał przychylność najtwardszych zawodników. Młode dziewczę, rozgrzeje każdego oportunistę (prosta filozofia, nie­wy­magająca czynu, bazująca na podstawowych instynktach samoza­chowawczych). Jeśli homoseksualiści zapragną równości, to ją do­staną. Późniejsze nagonki, organizowane planowo, mają ludzi podzie­lić, zgodnie ze starą i sprawdzoną zasadą, ugruntowaną na zasadzie: „dziel i rządź”.
 Na świecie musi zaistnieć, równa ilość przeciwników i zwo­lenników tych samych poglądów. Społeczne masy, trzeba zajmować ja­kąś ideologią, najlepiej przeciwstawną. Gromadząc zwolenników i prze­ciwników, stwarza się im pole do walki. Niech poróżnią się po­między sobą, a wówczas można robić na spokojnie interesy, osiągając co­raz to nowsze obszary władzy („świadome zniewalanie”). Załatwia się ważniejsze sprawy, aby gromadzić upragniony kapitał. Najgorszym roz­wiązaniem, byłoby takie, w którym jeden system i podobny sposób myślenia, charakteryzowałby całą populację. Wówczas, Dubieniecki i jego pobratymcy, musieliby pakować walizki i udać się do pracy w fa­bryce, na równi z innymi. A to, nie byłaby dobra alternatywa, spełnia­jąca oczekiwania rządzących. Jeżeli coś zakładało równy dostęp do dóbr i sprawiedliwości społecznej, Dubieniecki to zwalczał. Wolał ko­munizm, z małymi modyfikacjami, rozumiejąc pozytywnie władzę pierw­szego sekretarza, czy szefa partii (wschodni model sprawowania władzy usprawiedliwia taką formę). Prawdziwy komunizm, oznaczał śmierć biznesu oraz zupełne uwolnienie ludzkiej natury. Regulował sprawiedliwość społeczną, przywracając zniewolonym masom, szansę na osiągnięcie wpływu na rzeczywistość. W takim bagnie, rządzonym przez motłoch, korporacji nie uda się zarobić dużych pieniędzy i od­powiednio wy­korzystać ludzkiego materiału.
Dubieniecki i jemu podobni, wyćwiczyli wasalne masy, które wal­czyły zawzięcie z komunizmem, czcząc jednocześnie komunistę, któ­rego nazywali Jezusem z Nazaretu, uważając za Boga, pisanego przez duże „B”. Ten sam mechanizm, pozwalał antysemicie nienawi­dzić Żyda i ogłosić Jezusa królem jego państwa! Ironia powleczona prze­słoną społecznej dysleksji, działająca wbrew logice i rozumowi (sku­teczna, stabilizując społeczeństwo, dostępujące zbiorowej agonii).
Tak działa system, a ludzie robią w nim to, co trzeba albo to, do czego zostali przystosowani przez wpływowe korporacje. I do tego dobrze się zachowują, za co czekają nagrody i wyróżnienia. Nawet, jak ktoś zdaje sobie z tego sprawę, nie zrobi nic, aby utracić przywileje, do­bra, wpływy i panowanie nad wąskim obszarem, w którym mu do­brze, bezpiecznie i… No właśnie, zastanawiało się wielu. Stosy płonęły, ro­sło społeczne poparcie dla eliminacji czarownic, czcicieli diabła i gło­sicieli haseł niezgodnych z ugruntowaną doktryną. Ludzi myślą­cych palono, ścierając na popiół, grzebiąc w odmętach historii (histerii elit i możnowładców, panujących przez chwilę nad ziemskim skraw­kiem bezładu).  

Fragment satyry "Kaczkoduk przejmuje ster!"

Filozofia Dubienieckiego zakładała, że społeczeństwo uwierzy we wszystko
Wincenty Maria Dubieniecki był człowiekiem niezwykłym. Gdyby postać książkową dało się zobrazować mógłby wyglądać przykładowo tak jak na tym zdjęciu. 



Popularne posty z tego bloga

Jarosław Kaczkoduk – obraz niechybny

Zwróćcie uwagę na tytuł. Mówi wiele, gdy chcemy uchwycić wyraz niechybny, odnoszący się do człowieka, który wkrótce nastąpi. Jarosław Kaczkoduk, o pseudonimie szkolnym „Kaczykuper”, a imieniu agenturalnym „Karzeł”, a przez złośliwych prześmiewców zwany „Karakanem”, nastąpił, czym wywołał ogromne spustoszenie, głównie wśród elit rządzących Polgarem. Rozpoczyna się trwająca kilka miesięcy batalia o zwycięstwo w wyborach. Kaczkoduk to postać z książki satyrycznej „Kaczkoduk przejmuje ster!”. 



Ptaszki już z dawna ćwierkały o kaczorku, który usiłował zwojować w przyrodzie więcej, niż to, nad co mógł wyzdrygać się zwykły nielot. Fragment ten oddaje pewną przypadłość naszego zacnego bohatera. 
Nieoczekiwanym problemem stał się Jarosław, również Kaczkoduk. Przeciwnikiem był słabym, bo wystarczyło mu dać pole do manewru, aby sam sobie kłody podłożył i zniechęcił do czynów tych, którzy dotąd stawali za nim murem.
Pułkownik Dubieniecki, as wywiadu i niekwestionowany cichy przywódca, z zamiłowani…

Wkrótce premiera satyry „Kaczkoduk przejmuje ster!”

Kaczkoduk przejmuje ster! to satyra, z rodzaju dzieł o zabarwieniu politycznym, obyczajowym, społecznym, no i przede wszystkim lekko erotycznym. Nie zbraknie w niej zwrotów używanych w życiu codziennym – gdyż nie mówimy ładnie i zgrabnie, ale często gdybyśmy się posłuchali, okazuje się, że niejeden cham z nas wychodzi (zionie od nas dwulicowością). Treść zawiera również odniesienia do systemu, co stanowi o uniwersalizmie pozycji, która nie zamyka się na konkretne zjawisko, ale w czasach „cywilizacyjnego i globalnego przyśpieszenia” opowiada o zaobserwowanych zjawiskach, przedstawiając je ogólnie w świecie. W książce użyto 130 303 wyrazów, zapisanych za pomocą 808 640 znaków. Czytelnik zmierzy się z 4765 akapitami, tworzących łącznie 16 941 wierszy. W celu wyjaśnienia trudnych wyrazów i zwrotów użytych w tekście wykonano 485 przypisów. Wewnątrz znalazły się również ilustracje, nawiązujące do treści książki. Nie jest ich dużo, ale uatrakcyjniają odbiór. Oznacza to, że nie jest to książk…

Rozdział pierwszy - Zagraniczna depesza

Miejsce: Bruksela. Czas: bliżej nieokreślona przyszłość,  pewnego dnia, późnym wieczorem.

Na początku  był system. Potem pojawił się człowiek tego systemu. Był nim, znany w kręgach politycznych, Wincenty Maria Dubieniecki, zwany Pułkownikiem. Strefa jego wpływów, wskazywałaby niejednoznacznie, że mógłby zostać, co najmniej marszałkiem czy wręcz niekoronowanym królem Polgaru, czy też Europy. Ot, taki wyidealizowany obrońca systemu, a jednocześnie jego pan i władca. Choć, jak się czasem okazuje, „pan i władca”, też ma nad sobą kogoś kolejnego. Dawniej mawiało się, że każdy ma dobrego towarzysza, w osobie „jakiegoś” kaprala. Jawny model drabiny społecznej z uwidocznionymi szczeblami powiązań i zależności (prasa wiecznie lubuje się w używaniu pojęć nieprzyzwoitych: „pajęczyna” i „ośmiorniczka”). Pułkownik miał szpakowate włosy, nosił ciemne okulary, eleganckie spodnie i koszulę na długi rękaw. Przypominał typowego wuja. Jego głos pasował do Hollywood, brzmiał jak Al Pacino, w roli Michae…